Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia studenta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia studenta. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia 2019

Żegnaj, 2019...

Żegnaj, 2019...
Zapewne za niedługo pojawią się liczne podsumowania, przemyślenia i plany na nadchodzący 2020 rok. Ja nie zamierzam snuć żadnych planów. Nie wiem czym zaskoczy mnie życie w nowym roku. I aż mnie korci, żeby przytoczyć swój ulubiony cytat, więc pozwólcie, że to zrobię: "Nic nigdy nie zdarza się tak jak to sobie wyobrażamy" (John Green). Nawet nie wiecie jak te słowa są prawdziwe... Przekonuję się o tym praktycznie przez cały czas, dlatego czekam na to, co przyniesie mi życie, nie robię wielkich planów na przyszłość.
Chociaż kilka w zapasie mam :) W końcu w 2020 roku kończę studia i pasowałoby podjąć jakąś decyzję, co dalej ze sobą zrobić...
Zacznę jednak od samego początku.



2019 rok był jednym z lepszych w ciągu ostatnich lat. Będę go wspominać naprawdę dobrze, bo niewiele wydarzyło się złego, a więcej dobrego.

W styczniu postanowiłam spełnić jedno z moich marzeń, które dojrzewało wcześniej przez kilka miesięcy. Zachęcana przez kilka osób zaczęłam prowadzić tego oto bloga. Także niedługo świętujemy razem pierwsze urodzinki ;) Czasami byłam zniechęcona, czasami znudzona, zawiedziona, ale teraz sprawia mi to pewną radość - dzielenie się z innymi moimi przemyśleniami i wydarzeniami. Prowadzenie bloga wpisało się w moją rutynę.

Na przełomie stycznia i lutego przeżyłam najgorszą sesję w ciągu moich studiów :D Jak teraz wspominam sobie tamten czas to aż mi się wierzyć nie chce, że miałam tyle nauki. Teraz nie zaglądnęłam do notatek ani raz od początku października... Ale nie chcę tu narzekać. Studia to piękny czas i już teraz myślę sobie, że będę tęsknić za ludźmi, których poznałam i z którymi się zaprzyjaźniłam, za naszymi dyskusjami, wspólnym chodzeniem na obiady w okienkach i rozwiązywaniem wykreślanek na wykładach.

W lutym na dobre przeprowadziłam się z akademika. Ci co czytali moje poprzednie wpisy z serii Z życia studenta wiedzą, że mieszkałam tam dwa razy. A przeprowadziłam się do mieszkania, gdzie moimi współlokatorkami są koleżanki ze studiów. Nie widzę lepiej :) Nigdy więcej nie wprowadzam się do akademików! Jestem teraz w samym centrum, co stwarza wiele możliwości, których wcześniej nie miałam, mieszkając na drugim końcu Katowic.

W marcu zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. Słyszałam wcześniej wiele głosów, że to jeden z łatwiejszych języków. A wiecie, fajnie znać jeszcze jakiś oprócz angielskiego czy niemieckiego. Także spróbowałam swoich sił i muszę powiedzieć (napisać), że przez niecałe cztery miesiące nauczyłam się naprawdę wiele. Szkoda tylko, że w tym semestrze nie mogłam kontynuować nauki... Jeśli chcecie poczytać o tym coś więcej to zapraszam tutaj.

Maj upłynął pod znakiem świętowania. Najpierw Juwenalia, potem Dzień Mamy. Najbardziej ucieszyłam się z tego, że moja mama przyjechała do mnie, do Katowic, aby spędzić ze mną połowę weekendu. Zdecydowanie najlepszy czas <3

W czerwcu zaczęłam wymarzone praktyki w wydawnictwie książek. Nie było do końca tak jak to sobie wyobrażałam, ale coś niecoś podpatrzyłam. Aby dowiedzieć się więcej klikajcie w osobny post. I znowu spełniłam jedno ze swoich marzeń - oglądałam na żywo mecz naszej polskiej reprezentacji w siatkówce w Spodku.

Wakacje, czyli całe trzy miesiące, spędziłam w rodzinnych stronach. Przez dwa miesiące podjęłam wakacyjną pracę, którą w miarę polubiłam i szkoda mi było stamtąd odchodzić. Miesiąc poświęciłam na regenerację sił przed ostatnim rokiem studiów. Pomimo codziennego chodzenia do pracy, wypoczęłam jak nigdy. Opalanie, czytanie, jeżdżenie na rowerze, kilka wycieczek, w tym w Bieszczady - nie trzeba było mi nic więcej.

Początek roku akademickiego okazał się mało wymagający. Październik spędziłam na czytaniu i spacerowaniu. Korzystałam z pięknej pogody ile się dało. Na uczelni byłam zaledwie parę razy. I październik zaliczam mimo wszystko do jednych z gorszych miesięcy mijającego roku.  No dobra, był najgorszym miesiącem w 2019...

Listopad to nowe wyzwanie. Trochę stresu, nowych obowiązków i znajomości. Rozpoczęłam pracę w księgarni. Nie wiem czy jest lepsza praca dla mola książkowego. Może jedynie w bibliotece :) Ale ja jestem bardzo zadowolona. Robię to, co lubię i sprawia mi to przyjemność, a to jest najważniejsze. Oczywiście, że czasami mi się nic nie chce, ale wszyscy tak mamy od czasu do czasu.
W listopadzie zapisałam się również na siłownię. Wiecie, nie po to, żeby schudnąć, ale żeby nie przytyć ;) I musiałam spożytkować gdzieś rozsadzającą mnie wtedy energię.

Grudzień minął w ekspresowym tempie. Nawet nie wiem kiedy. Pracowałam więcej niż miesiąc wcześniej, bo okres przedświąteczny jest bardziej wymagający. Poza tym zaczęłam swoją przygodę z pisaniem pracy licencjackiej. Pierwszy sukces za mną, bo napisałam i poprawiłam pierwszy rozdział! Oby tak dalej :) Automatycznie przez grudzień nie miałam za wiele czasu na czytanie, chociaż starałam się jak mogłam, aby codziennie przeczytać przynajmniej kilka stron. Nie zawsze mi się to udawało, niestety.

Ten rok był naprawdę udany. Jestem zadowolona, bo spotkało mnie wiele dobrego, mało złego i jak na razie wszystko układa się po mojej myśli.

Zarówno sobie jak i Wam życzę, żeby 2020 był jeszcze lepszy i żebyśmy za rok powiedzieli, że w 100% spełnił nasze oczekiwania. Życzę nam, żebyśmy spełniali swoje marzenia i nie snuli ograniczających nas planów. Cieszmy się wszystkim, co nas spotyka. Ja wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu :)

14 listopada 2019

"To był najgorszy dzień w moim życiu!"

"To był najgorszy dzień w moim życiu!"
Jak często zdarza Ci się myśleć na koniec dnia: "To był najgorszy dzień w moim życiu!". Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć, bo przed nami jeszcze wiele dni, miesięcy, lat. Ale na pewno zdarza Ci się tak myśleć. Albo przynajmniej, że był to jeden z najgorszych dni.



Ja też miałam taką myśl. Właśnie przedwczoraj. Jak to mówią, jak pech to pech.
Dzień zaczęłam pobudką o 4:50. Byłam w domu rodzinnym na długi weekend, więc na luzie mogłam wyjechać właśnie we wtorek. Pracę zaczynałam o 13:15, a przy dobrych wiatrach dojeżdżam do Katowic w 4-4,5h. Więc łatwo policzyć, że miałabym nawet zapas czasu, żeby się zdrzemnąć. Nie dane mi było tego zrobić.

Zepsuł się autobus, którym jechałam...
Nadal nie mogę w to uwierzyć. Ci pasażerowie, którzy mieli umówione jakieś spotkania, szukali transportu na własną rękę. Ja z ciężką, wypchaną po brzegi walizą zostałam z grupką innych osób. Kierowca zadzwonił tam i siam i następny autobus jechał pół godziny za nami. To czekaliśmy na zimnie. Wszystkich trzęsło jak galaretę, bo wyszliśmy z ciepłego wnętrza na zimne powietrze. Dobra, przyjechał ten autobus. Wiecie co było dalej? Okazało się, że był jakiś wypadek i jedno z miast po drodze było całkowicie zakorkowane. Zamiast ten kawałek, co pozostał przejechać w 30 minut, my jechaliśmy ponad godzinę. Już w myślach zaczęłam liczyć czy ja w ogóle zdążę do tej pracy. Musiałam jeszcze odnieść walizkę do mieszkania i coś zjeść. Ale udało się. Na miejscu, w Katowicach byłam koło 11:50, więc szybko pobiegłam do mieszkania (o ile można biec z walizką, która waży tonę...), zjadłam, spakowałam co trzeba i pobiegłam na autobus.
Przez kilka godzin było wszystko dobrze. Zła, ranna passa gdzieś sobie odeszła, aby zaatakować wieczorem. Pierwszy raz miałam zamykać sklep sama. Wiecie, rozliczyć kasę, coś wydrukować, napisać maila. Niby brzmi łatwo, ale już przy pierwszym elemencie pojawił się problem... Następny pojawił się 15 minut później, a kolejny jeszcze 10 minut potem. Wyszłam z pracy o 22, a o tej godzinie zwykle byłam już pod prysznicem. Jeszcze myślałam, że nie zdążę wyjść głównym wyjściem centrum handlowego, w którym pracuję, bo drzwi zamykają punkt 22. W tym całym nieszczęściu tu miałam szczęście, bo nie zamknęli. Szybko się spakowałam, przebrałam, zamknęłam. Ale to jeszcze nie koniec...

Pobiegłam na przystanek, akurat podjechał autobus. Uff... Wsiadłam, szukam telefonu w torbie, w kieszeniach. Nie ma go. Pędem wypadłam z tego autobusu z powrotem do centrum. Szukam w całym sklepie, w którym pracuję. Nie ma. Możecie się tylko domyślać jak spanikowana byłam. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, że przez cały czas nosiłam telefon w tylnej kieszeni spodni. Kiedy usiadłam w autobusie mógł mi się wysunąć i zostać na siedzeniu. Ale już po ptakach...
Akurat stał kolejny autobus, podchodzę do kierowcy. Akurat pani była miła, ale okazało się, że jej telefon jest rozładowany... Pożyczyłam go od jakiejś innej pani. Dobra, dyspozytornia nie odbiera. Przyjechał kolejny autobus tej linii. Panu udało się dodzwonić, potem zadzwonił do tego kierowcy poprzedniego autobusu. Miał sprawdzić na najbliższym przystanku. Ja już tracę nadzieję, bo jak tam leżał to równie dobrze ktoś mógł go ukraść... Późno się robiło, bo było już koło 22:30. Przyjechał ten feralny autobus. Niby kierowca przeszukał i nic nie znalazł, ale ja jeszcze raz to zrobiłam. Nic. Ani śladu po nim. No i co zrobić w takiej sytuacji? Nie masz telefonu, numery masz zapisane w telefonie, bo kto by się ich uczył na pamięć...

Wróciłam do mieszkania. Bez telefonu. Oczywiście po wszystkich wrażeniach nie mogłam zasnąć, chociaż byłam na nogach od 4:50... Zasnęłam koło 24. A w dodatku następnego dnia musiałam wstać o 6:30 na zajęcia... Zabijcie mnie. Na szczęście miałam jakiś stary telefon, więc budzik sobie nastawiłam, bo w innym przypadku na pewno bym nie wstała... Ale on był bez karty SIM, więc zadzwonić i tak nie mogłam.

Wiecie jak się skończyło? Od razu po porannych zajęciach popędziłam do pracy. Okazało się, że telefon zostawiłam w takim miejscu, którego poprzedniego dnia nie przeszukałam.
Wszystko skończyło się dobrze, ale wcale tak być nie musiało. Stresu najadłam się chyba za cały rok. Dawno nie miałam tak straszliwego pecha.

Mieliście kiedyś takie niesamowicie pechowe dni, że nic nie szło po Waszej myśli?

6 października 2019

Witaj szkoło, czyli powrót do studenckiej rzeczywistości

Witaj szkoło, czyli powrót do studenckiej rzeczywistości


2 października 2019

Całe wakacje spędziłam w domu rodzinnym, dlatego też do Katowic, gdzie studiuję przyjechałam dwa dni wcześniej przed rozpoczęciem roku akademickiego. 2 października miałam oficjalnie zacząć zajęcia na uczelni, dlatego miałam trochę czasu, żeby ogarnąć inne sprawy. Pierwszy raz w ciągu tych trzech lat nie miałam żadnego stresu z powrotem, bo wracałam do mieszkania, które wynajmuję z koleżankami. Przez ostatnie dwa lata kwaterowałam się na każdy nowy rok akademicki w akademikach, dlatego wcześniej stresowałam się tym na kogo trafię w pokoju itd. Pewnie domyślacie się :) Tutaj zrobię małą dygresję, bo z moim kwaterowaniem na pierwszym roku wiąże się śmieszna historia. Oczywiście wtedy taka nie była... Kwaterowanie miało być od 11, byliśmy kwadrans po 10. Zapisuję się na listę, a tam już sporo ludzi przede mną. Ciekawe, o której oni tu przyjechali?! No nic. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Dużo cierpliwości. Wyobraźcie sobie, że klucze od pokoju dostałam po 19... Takiego nieogarnięcia w temacie dawno nie widziałam. A ja byłam w połowie listy osób do zakwaterowania. Mało brakowało a część studentów spałaby na korytarzach. Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że na korytarzu poznałam moją przyszłą współlokatorkę :)

Pierwsze dni na uczelni były luźne. A właściwie jeden dzień na uczelni :) Swój plan dostałam kilka dni wcześniej i jakie było moje szczęście, gdy okazało się, że zajęcia mam tylko w poniedziałki i środy. W dodatku kończę o ludzkiej porze, więc nie jest źle. Jest bardzo dobrze.
Poszłam więc w środę na pierwsze zajęcia. Trwały 15 minut. No dobra. Do następnych 5 i pół godziny, więc wróciłam do mieszkania. Na szczęście mam blisko :) Idę na kolejne zajęcia. Trwały 30 minut. Tak wyglądał mój pierwszy tydzień na uczelni - 45 minut zajęć. Drugi nie zapowiada się gorzej, bo w poniedziałek odbędzie się uroczysta inauguracja, więc zajęcia od 9 do 15 są odwołane. A ja zajęcia w poniedziałki mam od 9 do 15 :) Ponownie czeka przede mną tylko środa na uczelni. I tym razem przypuszczam, że zajęcia będą pełnowymiarowe.
Na razie nie mam jednak na co narzekać. Więcej czasu na inne rzeczy :) Oby tak dalej!
Jak Wam minął pierwszy tydzień października?


10 lipca 2019

Moje praktyki

Moje praktyki
W poprzednim poście pisałam o tym, co działo się u mnie przez cały czerwiec, zarówno w życiu prywatnym jak czytelniczym.

W czerwcu  robiłam również obowiązkowe praktyki zawodowe. Ciekawi co, gdzie, jak i kiedy?

praktyki w wydawnictwie książek

Ten moment kiedy czekasz cały rok, aby zapisać się na praktyki w upatrzonym wydawnictwie, idziesz tam w lutym, aby nikt nie zajął ci miejsca na czerwiec i...

Kocham czytać, kocham książki, dlatego stwierdziłam, że czemu nie pójść na praktyki zawodowe do wydawnictwa książek. Zwłaszcza, że znajduje się ono na liście miejsc polecanych przez uczelnię. W tamtym roku czekał mnie zawód, bo pytając się w kwietniu o wolne miejsce na czerwiec tegoż już nie było. No nic. Poszłam do Urzędu Miasta. I wiecie co? Tamte praktyki wspominam najlepiej do tej pory. Wracając do wydawnictwa - postanowiłam sobie, że za rok mi się uda. W mojej głowie pojawiła się też myśl, że skoro tyle osób jest chętnych na praktyki to znaczy, że są one świetne. Zatem znając sytuację z poprzedniego roku, w tym poszłam tam w lutym. Udało się. Cieszyłam się bardzo. Za kilka miesięcy miałam rozpocząć praktyki w wydawnictwie książek.
Przyszedł czerwiec. Pierwszy dzień. Moje oczekiwania były naprawdę wysokie i chciałam przez ten jeden miesiąc poczuć się jak członek załogi. Jednak prawdziwy jest cytat z Papierowych miast Johna Greena: ,,Nic nigdy nie zdarza się tak, jak to sobie wyobrażamy". Chyba nie trzeba komentować.
Moje zadania to m.in. przygotowywanie wysyłki prasowej, czyli książek, które wysyłane były do znanych ludzi związanych z kulturą i literaturą. Do każdej paczki dołączano takie materiały prasowe o każdej książce - kilka słów o autorze, o fabule, jakieś opinie, fragment książki lub jakiegoś wywiadu, inne polecane książki autora. Miałam okazję kilkukrotnie sama tworzyć takie materiały prasowe. Poza tym zajmowałam się drobnymi czynnościami związanymi z otwarciem nowej księgarni wydawnictwa - robiłam przypinki, losy i listę osób wartych zaproszenia. Były też dni, w których nie było za wiele do zrobienia (zakładam, że to przez okres wakacyjny i urlopowy), a wtedy wykorzystywałam ten czas na czytanie swoich ebooków. Przeczytałam ich trochę, więc ten czas wbrew pozorom nie był zmarnowany.
Przy okazji mogłam podejrzeć jak wygląda praca w takim wydawnictwie. Gdzieś w głębi mojej głowy pojawiła się kiedyś taka myśl czy nie spróbować pracy w wydawnictwie. Ale szczerze przyznam, że to chyba nie dla mnie. Pomimo tego, że kocham książki i wszystko co z nimi związane, nie mogłabym pracować przy komputerze przez 8h. Wiem, że teraz większość zawodów na tym polega, ale nie wiem czy chcę być tak uziemiona. Na moje oko praca w wydawnictwie nie jest ciężka, a głównymi tematami są tematy książkowe, więc to, co zapewne każdy pracownik tam lubi. Tu ogromny plus, że można łączyć pasję z pracą. Chyba każdy o tym marzy, a niewielu się udaje.
Miłą niespodzianką był prezent na zakończenie moich praktyk. Miałam możliwość wybrania sobie trzech książek i jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam je dostać.
Być może w innych wydawnictwach praca wygląda podobnie, może zupełnie inaczej. Nie chciałabym się jednak zniechęcać i zamykać na tę branżę. Może w przyszłości znowu spróbuję swoich sił w jakimś wydawnictwie? Na razie myślę tylko, żeby odpocząć i wykorzystać wakacje w 100%.

Skoro wcześniej wspomniałam o zeszłorocznych praktykach w Urzędzie Miasta to napiszę o nich kilka zdań. Przede wszystkim czas, który zajmowały mi praktyki był wykorzystywany w 100%. Kończyłam jedno zadanie, zaczynałam następne. I to, co było najlepsze to różnorodność czynności. Pisałam teksty promocyjne o mieście, tworzyłam newslettery, uczestniczyłam w konferencjach i brifingach prasowych, byłam obecna przy nagrywaniu tzw. setki do radia, robiłam także zdjęcia w terenie, przeprowadzałam wywiad... I najważniejsze - coś, z czego jestem dumna - mój i koleżanki, z którą robiłam praktyki tekst ukazał się na łamach miejskiej gazety, w dodatku podpisany naszymi nazwiskami! Te praktyki to dowód na to, że praca w Urzędzie Miasta nie musi być nudna i związana z papierologią ;)
Macie jakieś dobre/złe wspomnienia z własnych praktyk? A może nigdy nie mieliście okazji ich robić?

4 lipca 2019

Siatkówka, sesja i hiszpański

Siatkówka, sesja i hiszpański
Czerwiec już za nami, a to oznacza dla studentów koniec letniego semestru. I sesji. Pamiętacie jak pisałam o dwóch rodzajach sesji z perspektywy studenta? Było to przy okazji sesji zimowej. Wtedy wylewałam swoje żale i smutki, narzekałam ile to nauki miałam. Teraz nadszedł ten moment, w którym ja tryumfuję nad studiami. Dlaczego? Sesji tak naprawdę nie miałam. To znaczy miałam, ale tylko formalnie. Tak naprawdę przez semestr letni urządziłam sobie miniwakacje, bo te kilka miesięcy nie były wymagające. Ot, kilka kolokwiów w trakcie, a potem tylko jeden egzamin z języka angielskiego - część pisemna i ustna. Tak naprawdę sesja zakończyła się dla mnie wraz z jej rozpoczęciem. Tak ja to czuję. Tym razem szczęście znalazło się po mojej stronie :) Ale pewnie szybko się skończy, bo przyszły rok zapowiada się bardzo pracowicie - nie dość, że będę pisać pracę licencjacką (na co mam niewiele czasu), to jeszcze mam kilka innych rzeczy na głowie. Trzymajcie za mnie kciuki!

Wróćmy jednak do marca. Wtedy też postanowiłam zapisać się na kurs językowy. Od dawna chciałam nauczyć się jakiegoś innego języka niż angielski czy niemiecki. Słyszałam, że hiszpański jest językiem łatwym i dość szybko można się go nauczyć. Moja uczelnia takie kursy oferuje na różnych poziomach, a co najlepsze - do wyboru jest dużo języków obcych, w tym i hiszpański. Raz kozie śmierć! Poszłam, zapisałam się i zaczęłam chodzić na zajęcia. I wiecie co? Hiszpański rzeczywiście nie jest trudnym językiem. Po upływie ponad trzech miesięcy stwierdzam śmiało, że naprawdę wiele się nauczyłam. W tak krótkim czasie przyswoiłam jedynie podstawy i to pewnie nie wszystko, ale zamierzam zapisać się na następny semestr w przyszłym roku akademickim. A, i uczyć się coś na wakacjach, a co z tych zamiarów wyjdzie, czas pokaże. Oczywiście, nie miałam żadnych sprawdzianów i egzaminów. Dla niektórych może być to problem, bo wtedy nie mają motywacji do nauki. Tu trzeba być konsekwentnym i uczyć się samemu. Niekiedy nie było to łatwe, zwłaszcza kiedy wracałam skatowana po 8h na uczelni, a tu trzeba jeszcze się nauczyć na hiszpański... Niemniej wszystkim, którzy zastanawiają się nad takim kursem i wahają się, a mają możliwość zapisania się - polecam. Zawsze to lepiej znać jeden język więcej, bo w dzisiejszych czasach każda umiejętność się przydaje ;)

No dobrze. Teraz przejdźmy do czegoś w ogóle niezwiązanego z uczelnią i studiami. Do czegoś przyjemnego. Do sportu. A konkretniej siatkówki. Są tu jacyś fani siatkówki? Ja bardzo lubię oglądać tę dyscyplinę sportu w TV, zwłaszcza jeśli gra nasza reprezentacja. Jak wiadomo polską mekką siatkówki jest katowicki Spodek. Moim marzeniem było zobaczyć właśnie tam, na żywo, jak grają nasi reprezentanci. I udało się! Marzenie spełnione. W maju ruszyła kolejna edycja Ligi Narodów, a w ramach rozgrywek przez jeden weekend (31 maja-2 czerwca) cztery drużyny przyjechały do Katowic, aby rozegrać po trzy mecze. Jaka była moja radość, kiedy jeszcze w lutym - z nudów - weszłam na stronę Spodka i przeglądałam wydarzenia, które miały mieć tam miejsce i trafiłam na informację o Lidze Narodów. Kilka smsów i telefonów później bilety były już kupione. W ostatnim momencie, bo kilka chwil potem już ich nie było. Jak możecie się domyślać skakałam z radości w akademiku, a moi sąsiedzi z dołu pewnie myśleli, że sufit zaraz się zawali...


siatkówka w Spodku

Doczekałam się. 2 czerwca byłam w siódmym niebie. Przeżycie fantastyczne. To uczucie, kiedy tam siedzisz i widzisz tych chłopaków, których widziałaś na ekranie telewizora, tych którym kibicowałaś przez tyle lat, tych którzy zdobywali Mistrzostwo Świata w 2014 (w Spodku właśnie) i 2018. Stajesz się wtedy częścią reprezentacji. Śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego a capella już w TV robi ogromne wrażenie, a ciarki przebiegają po plecach, a co dopiero na żywo, kiedy śpiewasz razem z tym biało-czerwonym morzem. Co mi się nie podobało? Hałas. Po meczu ogłuchłam trochę, a głowa pękała z bólu, ale było warto. Akurat w ostatni dzień Polacy przegrali, ale to nie ma wielkiego znaczenia, bo bawiłam się świetnie. Polecam każdemu fanowi siatkówki! Jeśli kiedyś będę miała jeszcze okazję i szczęście kupić bilety na siatkówkę w Spodku, na pewno to zrobię.

Ale to nie wszystko, co działo się w czerwcu ;) Ale o tym już niebawem!

27 maja 2019

Majówka, Juwenalia i Dzień Mamy

Majówka, Juwenalia i Dzień Mamy
Maj był bardzo przyjemnym miesiącem. Pomimo tego, że pogoda nie rozpieszczała, był to jeden z tych udanych miesięcy.
Na początku oczywiście była majówka. Dosyć długa, a ja przyznam szczerze, że jeszcze ją przedłużyłam. Tak trochę. Po świętach nie miałam już po co wracać na uczelnię, dopiero w następnym tygodniu przed majówką miałam mieć dwa dni zajęć. Wiadomo, na Wielkanoc przyjechało się w rodzinne strony i nie chciało się wracać. No nic. Pojechałam, bo ja przecież pilną studentką jestem. A że miałam jeszcze prezentację do przedstawienia z koleżanką, to przecież jej nie wystawię do wiatru. Pojechałam w poniedziałek, bo zajęcia dopiero na 15:00. To był mój najgłupszy błąd. Na pierwszym wykładzie było 5 osób. Nic by mnie nie ominęło. Na drugich zajęciach nie musiałam być. Można powiedzieć, że zapychałam tylko dziurę niskiej frekwencji. Pomyślałam, że nadrobię sobie jakieś tam zadania, bo przecież na majówce nie będę tego robić. Wieczorem dosłownie wszystkie zajęcia odwołaliśmy... Nie mogliśmy zrobić tego wcześniej?! No cóż, nawet 24h nie byłam poza domem. Przyjechałam mega zła i rozczarowana, że straciłam tylko pieniądze na bilet i tłukłam się kilka godzin w jedną i drugą stronę autobusami. Ehhh...
Majówka minęła spokojnie. Nigdzie w tym roku nie pojechałam i potem bardzo tego żałowałam. Jak jestem tak długo poza domem i nie widzę się z rodziną, potem chcę spędzić z nią więcej czasu, ale w tym przypadku były to męczące dni z powodu remontu w całym domu. Tak naprawdę nie miałam co ze sobą zrobić, a na wyjazd było już trochę za późno, zwłaszcza, że pogoda miała nie dopisać. O dziwo, dwa dni były bardzo ciepłe i słoneczne, ale co z tego jak reszta była deszczowa i pochmurna. Tak minęła majówka i trzeba było wrócić do rzeczywistości.
Niedługo potem na Śląsku zapanowała świąteczna atmosfera, bo od 21 maja swoje święto obchodzili studenci. Juwenalia tradycyjnie rozpoczęły się korowodem studentów, którzy w tym roku przebrali się za tematyczne magiczne istoty. Miałam okazję pierwszy raz uczestniczyć w tej imprezie i było naprawdę zabawnie.



Kolejne dni upłynęły pod znakiem plenerowych koncertów. Lało, było mokro i zimno, więc tłumów nie było. Zwłaszcza w czwartek, kiedy ja postanowiłam się tam wybrać z grupą znajomych. I tutaj moja historia życia. Nie mam ciemnych butów, żadnych kaloszy, ani nic co nadawałoby się na taką pogodę jaka wtedy była. Jeszcze koleżanka mówi, że błoto po kolana. Ja patrzę na swoje białe adidaski i myślę: No dobra, tych mi nie szkoda. Poszłam w białych, wróciłam w brązowych. Teraz przesadzam. Rzeczywiście nie było tak tragicznie. Wyczyściłam w cifie - polecam, bo nie wiedziałam o tym sposobie czyszczenia białych butów, a działa rewelacyjnie!
26 maja, czyli Dzień Mamy. Już 25 przyjechała do mnie moja ukochana mama. W tym roku postanowiłam nie kupować żadnych materialnych prezentów, bo ma wszystko. Postanowiłam zaprosić ją na weekend, bo teraz nie widujemy się za często, a jedynie możemy porozmawiać przez telefon, co nieraz nie wystarcza. Zaczęłyśmy ,,świętować" od soboty. Pierwszym celem był Śląski Ogród Zoologiczny w Chorzowie. Nie zachwycił mnie tak bardzo, ale widziałyśmy prawie wszystkie zwierzęta. Kilka zdjęć poniżej :) Największą atrakcją były pawie, które chodziły sobie samopas po całym zoo.


żyrafa w zoo




Zaraz obok znajduje się Park Śląski, więc chwilę pospacerowałyśmy (potem bolały nas nogi, a słońce tak nas opaliło, że prawie nie poznałyśmy się w lustrze). Lody - punkt obowiązkowy wycieczki. I potem to, co najbardziej lubię robić, a czego mi brakowało - shopping z mamą :) Silesia City Center odwiedzona!
Drugi dzień również rozpoczęłyśmy na łonie natury. Jeden z moich ulubionych parków - Park Kościuszki - spodobał się również mojej mamusi. A że kwitły akacje i azalie - była w raju. Ja zresztą też.




Potem nastał czas pożegnania. Wszystko co dobre szybko się kończy, a maj, pomimo tego, że nie rozpieszczał pogodą, okazał się nie taki zły jak podejrzewałam. A w czerwcu już sesja... Ale o tym za niedługo ;)
W komentarzach możecie podzielić się swoimi majowymi przygodami ;)

28 marca 2019

Chwile grozy

Chwile grozy
Mój akademik stał na pewnym osiedlu. Ale co to było za osiedle! Trzy akademiki, jeden opuszczony, jakaś knajpa, gdzie było drogo (oczywiście jak na studencką kieszeń), przedszkole, sklep. No tak. A to wszystko w otoczeniu lasów i jeziora. Dalej już nie można było wywieźć studentów... Już pomijam ten fakt, że na uczelnię jechało się autobusem minimum 40 minut. Ta kwestia zawsze była irytująca, bo uważam, że akademiki powinny znajdować się jak najbliżej uczelni. Wracając do osiedla. Wszystko ładnie, pięknie, park za akademikami. Można pobiegać, pospacerować, pojeździć na rowerze, posiedzieć z książką na ławce... A to wszystko za dnia. W nocy bałabym się sama tam wchodzić. Chyba że wyprowadzając psa na spacer. Pewnie już umieracie z ciekawości, o co w ogóle chodzi. Spieszę wyjaśnić. Tamte tereny słynęły z dzików. Chrumkających zwierzaków o koralikowatych oczkach i słodkim ryjku. Fajnie było poobserwować je z okna pokoju. Zwłaszcza w zimie, kiedy nie miały nic do jedzenia w lasach i szły na łatwiznę, czyli wyjadały śmieci z kontenerów. Nieciekawie brzmi, ale efektownie wygląda. Dobra, to też brzmi cokolwiek głupio. Ale nie ukrywam, że razem z moją współlokatorką miałyśmy frajdę, kiedy obserwowałyśmy zwierzaki przez szybę. Dochodziło nawet do tego, że kładłyśmy się już spać, ale ostatnie zerknięcie przez okno i wypatrzenie uroczego stadka między drzewami, skutecznie zmieniało nasze plany. Potrafiłyśmy je obserwować przez długi czas. Ale przyjemnie było siedzieć w pokoju i wyglądać przez okno.
W ziemie dziczki pojawiały się dosyć wcześnie, bo koło 19-20. Studenci wracali do akademika o różnych porach, no a godzina 19 to nie jest jeszcze późno. W zimie tak nam się wydaje, bo szybko robi się ciemno. I ci biedni studenci czasami byli nieprzyjemnie zaskoczeni, kiedy natykali się na takiego zwierzaka lub całe stadko przed wejściem. Nasz akademik miał najgorzej, bo tuż przed schodami był śmietnik, który dziczki bardzo sobie upodobały. Wcześniej często zastanawiałam się, dlaczego ktoś łazi po parku z latarką . Zgubił coś czy jak? Ale okazało się, że światło płoszyło zwierzęta.
Tak jak już pisałam, było fajnie. Do pewnego dnia. Wyjeżdżałam wtedy na Boże Narodzenie do domu. Wstałam koło piątej rano, w pół do szóstej miałam autobus. Ja z tobołami, ledwo wydostałam się na zewnątrz. Wiecie, musiałam zabrać trochę rzeczy, zwłaszcza, że w domu nie byłam od prawie dwóch miesięcy. Więc ze mną plecak, walizka i torba. Idę. Ledwo, bo napakowałam po brzegi. Jeszcze chodnik do przystanku nierówny, z dziurami. Walizkę trzeba nieść w ręce. Idę tym chodnikiem. Ciemno. Coś się rusza po lewej. Patrzę. A to starzy znajomi. Dziczki. Całe stadko. I w tamtym momencie pomyślałam sobie, że po co ja się śmiałam z innych studentów, poczułam się jak oni wtedy. Przyśpieszam. Nawet przestałam na nie patrzeć, łudząc się, że jak nie będę patrzeć, to mnie nie zauważą. Haha. Niezupełnie. Bo słyszę, że zaczynają biec. Myślę sobie, że w moją stronę. Idę tak szybko przed siebie na ile pozwala nierówny chodnik i te wszystkie moje manele. I nic. Pobiegły sobie w drugą stronę. Ja z walącym sercem stoję na przystanku i rozglądam się wokół. Bo co jeśli wrócą? Nic nie wiadomo. Potem już za każdym razem, rano albo wieczorem, gdy było ciemno, rozglądałam się wokół. I nie byłoby w tym moim bliskim spotkaniu z dzikami niczego strasznego, gdyby nie fakt, że wtedy nie było żywej duszy. W sensie żadnego człowieka. Bo żywe dusze były po mojej lewej.
Na szczęście skończyło się na strachu. Dotarłam na Boże Narodzenie do domu. I prawdopodobnie dziczki wystraszyły się bardziej mnie niż ja ich, bo nigdy więcej ich już nie spotkałam.
Na koniec mam dla Was bonus. Mój tata, kiedy dowiedział się o naszych przyjaciołach, ułożył specjalny wierszyk. Oto on:

Po osiedlu dzik grasuje,
Co studentów denerwuje.
Nie wychodzą więc po zmroku,
Siedzą cicho w oknach bloku.
Obserwują tych odważnych,
Co to wyszli w sprawach ważnych.
Ci je szybko załatwiają
I przed zmierzchem umykają.
Wrzucą czasem do śmietnika
Garść jakiegoś smakołyka.
Nie ma mocnych na szkodnika,
Więc polubić trzeba dzika.


5 marca 2019

Akademik? Nie, dziękuję.

Akademik? Nie, dziękuję.
Na pewno większości życie studenckie kojarzy się z mieszkaniem w akademiku. Może ktoś z Was ,,doświadczył" tego na własnej skórze. Przyznam się, że w akademiku (właściwie w dwóch różnych) mieszkałam przez 11 miesięcy. Nie tak długo jak pięcioletni weterani, których tak na marginesie podziwiam, ale dosyć długo, aby podzielić się swoją opinią i spostrzeżeniami.

    *oczywiście tak nie wyglądał mój akademik, jakby ktoś był ciekawy ;)

Zacznijmy od tego, że równanie akademik=imprezy nie jest do końca takie prawdziwe. Nie twierdzę, że to kłamstwo czy wymysły wyssane z palca. Oczywiście, że są imprezy! Ale częściej ich nie było. Ale może zacznę od początku, żeby wszyscy wiedzieli jak się sprawy mają. Po prostu opiszę swoją historię.
W pierwszym akademiku było naprawdę spokojnie. Naprawdę. Korytarz pusty o każdej godzinie, każdego dnia, zwłaszcza w weekendy. Od czasu do czasu pojawiały się pojedyncze osobniki, które przemykały chyłkiem, aby przypadkiem nikogo nie spotkać. W kuchni (bo była jedna na cały korytarz) prawie nikogo nie uświadczyłaś. Brakuje tylko toczących się kłębków kurzu po korytarzu. Ale tu muszę napisać, że panie sprzątały z dużym zaangażowaniem. Czasami zbyt dużym. To, co najbardziej mnie irytowało to ich wyczucie czasu. Nie ma to jak zaczynać sprzątać o 7 rano, jeszcze w poniedziałek. Albo w ,,porze śniadania". Idziesz szczęśliwa do kuchni z zamiarem ugotowania sobie parówek, bo tylko to masz na śniadanie (albo aż), a tam właśnie wielkie sprzątanie.
Ja: Czy można sobie tylko ugotować parówki?
Grzecznie, z uśmiechem.
Pani: Nie. Na piętro wyżej lub jak skończę.
Ja (myślę): Ok. Ile może jej to zająć? No niedługo.
Wracam do pokoju. Obliczam z dokładnością do jednej minuty, kiedy najpóźniej mogę je ugotować, żeby zdążyć zjeść i wyjść na uczelnię. Nasłuchuję i kurczę, mam wrażenie, że ta pani specjalnie się nie śpieszy, a mnie krew zalewa, a właściwie żołądek skręca się z głodu.
A żeby to było tylko raz!
A wracając do imprez, a właściwie ich braku. Korytarz, na którym mieszkałam był wyjątkowo spokojny. Miałam wrażenie, że większość znika na weekendy. Żadnej integracji, nikt nie chce nikogo poznać. Żadnych imprez. Z jednym wyjątkiem. Otóż miałam sąsiadów cudzoziemców (kierunek Wschód), którzy jako jedyni robili sobie posiadówki w pokoju. Gorzej, bo często też na korytarzu, akurat przed drzwiami mojego pokoju. No, nic. Nie będę tu teraz narzekać, choć nie raz ogarniała mnie szewska pasja.
Ogólnie rzecz ujmując - spokojnie.
Drugi akademik był już inny. W porównaniu z tym pierwszym dałabym mu nawet ze dwie gwiazdki. Przede wszystkim za to, że łazienka i kuchnia były na dwa pokoje, a nie na cały długi korytarz. I tu już był klub studencki, więc w piątki i soboty wieczorem było głośno. Ale o tyle o ile. Na korytarzu żywego ducha, czyli powtórka z rozrywki (chyba, że ja mam takiego pecha). Nie było też mowy o jakiejś integracji. Może jedynie wtedy, kiedy szło się do kogoś po klucz do pralni (pomieszczenia z jedną pralką). Wtedy musiało się zamienić z kimś słowo.
- Przyszłam po klucz.
- Proszę.
- Dzięki.
Tak to było.
Wiem, że w innych miastach jest zupełnie inaczej, że studenci się integrują, wychodzą z pokojów nawet!
Nie wiem, może po prostu trafiłam do takich, a nie innych miejsc. I tu przychodzi pora na wnioski. Albo nie - na obserwacje. Otóż za dużo czasu spędzamy w internecie, pisząc z innymi na czatach, a za mało czasu spędzamy z ludźmi na rozmowie w cztery oczy. Potraktujmy to jednak jako wniosek.
Aaaa i najważniejsze! Czy było tak źle jak to niektórzy straszą? Nie. Czy wróciłabym do akademika? Nie wiem (raczej nie).
A Wy macie jakieś doświadczenia z akademika?
PS Mogę napisać więcej anegdotek z mojego pobytu w akademikach jeśli będziecie zainteresowani ;)

10 lutego 2019

Nie ma to jak sesja...

Nie ma to jak sesja...
Dzisiaj postanowiłam rozpocząć na blogu taką miniserię o nazwie ,,Z życia studenta". Studentką jeszcze jestem, więc będę tu opisywać jak najbardziej aktualne wydarzenia. Mam nadzieję, że czytając te ,,kartki z pamiętnika" przypomnicie sobie swoje lata studenckie lub utożsamicie się ze mną w tych radosnych lub ciężkich chwilach.


Jak wiadomo, styczeń to najcięższy, obfitujący w stres i hektolitry kawy okres dla zwykłego studenta. No, tak - nadchodzi wyczekiwana przez wszystkich ze strachem i przejęciem sesja. Bo jak zaliczyć cały semestr zaledwie w kilka nocy? To pytanie niejeden student sobie zadawał i zadawać będzie. Ale czy sesja rzeczywiście jest taka straszna i stresująca? Moja odpowiedź - zależy. Zapytacie od czego? Już śpieszę wyjaśniać. Otóż wyróżniam dwa rodzaje sesji - ta, podczas której nie namęczycie się za bardzo i ta, która wyżyma wasz mózg i robi z niego papkę. Pierwszy rodzaj charakteryzuje się tym, że w sesji mamy 3-4 egzaminy. Pewnie powiecie, że to i tak o 3-4 za dużo, ale pomyślcie o nich z tej drugiej strony, bo co jest lepsze? 3-4 egzaminy czy 10? No jasne, że to pierwsze! Więc ta sytuacja nas jeszcze nie przerasta. Spokojnie można wszystkiego się nauczyć i zaliczyć w pierwszych terminach, ewentualnie jedna poprawka. A jeszcze fantastyczne jest to, gdy te egzaminy rozłożone są w czasie co kilka dni, a nawet jeszcze przed tym umownym okresem, jakim jest sesja. Bo tak naprawdę różne zaliczenia przedmiotów zaczynają się zdecydowanie wcześniej. A ich wspólnym czynnikiem jest to, że i tak musimy zakuć, zdać i zapomnieć.
Ohohoho, a teraz ten drugi rodzaj sesji. Drugi rodzaj to hardcor. Wszystkie egzaminy skupione w jak najmniejszym odstępie czasu - najlepiej dzień po dniu, żeby było jeszcze fajniej, i tak przez trzy tygodnie. Powiecie teraz - przecież to niemożliwe. A ja wam powiem, że i owszem, bo przeżyłam to w tym semestrze na własnej skórze.
Ale okoliczności sięgają jeszcze wcześniej. Do COP24, który odbył się w Katowicach, bo tutaj właśnie studiuję. Dwa tygodnie grudnia upłynęły nam na sielance, bo mieliśmy wolne na uczelni. Fantastycznie! Czego chcieć więcej? Wróciliśmy tylko na 4 dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Tak, ale potem zapłaciliśmy za to drugim rodzajem sesji. Przez trzy tygodnie, od poniedziałku do czwartku, codziennie, podkreślam - codziennie - miałam jakieś zaliczenie. Nawet sesja się jeszcze nie zaczęła, bo z powodu tego wolnego przesunęła się nam ona na dwa pierwsze tygodnie lutego.
Wyobraźcie sobie, że zajęcia macie codziennie od 10 do 18 (o 9 musicie wyjść, wracacie koło 19), a jeszcze musicie się uczyć na poszczególne zaliczenia, które są codziennie. No to jest hardcor. I nie życzę żadnemu studentowi takiej sesji, bo ten czas był dla mnie okropnym czasem. Nie dość, że byłam fizycznie zmęczona po całym dniu na uczelni, to jeszcze mój mózg się buntował. Powiedział STOP. W pewnym momencie przestał przyjmować jakiekolwiek informacje. W tej całej nauce nie byłoby nic złego, gdyby nie duża ilość różnorodnych przedmiotów. Jednego dnia uczysz się na egzamin z kultury języka, powtarzając błędy fleksyjne i wyznaczniki stylu naukowego, następnego o obserwatorach sytuacji kryzysowej i komunikacji wewnętrznej w organizacji, a potem jeszcze o modelu ROPE, a na koniec o efekcie coctail party. Teraz jak o tym piszę, to mi się chce śmiać i płakać jednocześnie. Było naprawdę ciężko, ale rezultaty są satysfakcjonujące. Jak na tak gorący okres, nie jest źle. Ale dla mnie to jeszcze nie koniec tej cudownej sesji, bo czeka mnie jeszcze jedno zaliczenie - tylko prezentacja pracy, więc można to uznać za teoretyczny jej koniec.
I pewnie odbierzecie to jako narzekanie czy jakąś krytykę, ale nic z tych rzeczy. Chciałam po prostu wyrzucić z siebie całą frustrację, która wzbierała we mnie wraz z kolejnymi napisanymi egzaminami i kolokwiami. Teraz jak to z siebie wyrzuciłam jest mi lżej, a Wy możecie się teraz ze mną pośmiać i trzymać kciuki, żeby w przyszłym semestrze było lepiej.
Życzcie mi sesji pierwszego rodzaju!