17 września 2019

Nawyki czytelnicze

Nawyki czytelnicze
Zacznę może od tego najbrutalniejszego nawyku. Przyznać się kto zagina rogi albo pisze po książkach? Nigdy bym tego nie zrobiła. I nigdy nie zrobiłam. Kiedy czytam książkę zawsze używam zakładek. Moje zakładki po kilku tygodniach użytkowania wyglądają jak siedem nieszczęść - pomięte, wyblakłe i zniszczone, ale one mogą takie być. Ciarki mnie przechodzą, gdy widzę zagięte rogi. Tak samo zakreślanie cytatów, zaznaczanie ich ołówkiem lub pisakiem. Nie! W podręcznikach owszem, bo potem w 100% przypadków pozbywacie się ich i tylko się z nich uczycie. Czasami w ogóle nie otwieracie. Ale w książkach?

Kiedy i gdzie najchętniej czytacie?
Mi pora dnia jest obojętna, dobrze mi się czyta o każdej porze. Niektórzy bardziej wolą wieczór czy noc. Ja przyznam się szczerze, że zimą unikam czytania o późnych porach. Moje oczy szybciej się męczą i nic z tego nie wychodzi. Często tak mam zimą, ale można się przyzwyczaić. Jeśli nie ma się czasu na czytanie w ciągu dnia, bo spędza się 10h na uczelni, to i wieczór jest odpowiedni :)
Pytanie gdzie czytam jest ciężkie. Kiedyś czytałam tylko w łóżku. Nie wyobrażałam sobie czytać przy stole lub biurku. Potem mi się odmieniło i czytałam tylko i wyłącznie przy biurku. Ale ogólnie mam wiele dziwnych miejsc... Na podłodze w moim pokoju. Siedząc na balkonie. Leżąc na leżaku (zwłaszcza przez wakacje). Na ławce w parku lub ogródku. Na uczelni między zajęciami. W samochodzie, kiedy nie jestem kierowcą. Faktem jest, że nie mam doświadczeń z czytaniem w dziwacznych miejscach :D Możecie mi napisać, w jakich Wy najdziwniejszych miejscach czytaliście. Jedynym miejscem, w którym czytać nie mogę to komunikacja miejska. Za dużo ludzi, za duży tłok i za dużo ludzi, którzy nie szanują uszu innych i rozmawiają na cały głos przez telefon. Poza tym nie umiem czytać na stojąco :)



Ile książek czytacie równocześnie?
Niektórzy mają nawyk czytania tylko jednej książki. Nie należę do tej grupy. Bardzo często zdarza mi się czytać dwie książki równocześnie. Jedną na przykład papierową, a drugą w formie ebooka. Wtedy zbieram telefon na uczelnię i czytam kiedy chcę, nie musząc taszczyć książki, która zajmuje dodatkowe miejsce w torbie, w której mogłoby się zmieścić więcej jedzenia :) Był też czas, kiedy chodziłam do szkoły i czytałam trzy książki równocześnie. Zazwyczaj jedną z nich była lektura szkolna. A że musiałam też czytać swoje książki, nie miałam wyboru. Czasami wydaje mi się to bez sensu, bo jedną książkę przeczytasz szybciej, zabierasz się za następną i tak dalej. Kiedy czytasz dwie jednocześnie mam wrażenie, że zajmuje to dwa razy więcej czasu...
Obecnie staram się czytać jedną książkę, ale nie jestem wytrwała w tym postanowieniu.

Teraz przyznam się do czegoś strasznego. Kiedyś miałam taki nawyk, że w każdej nowej książce czytałam zakończenie. Dostawałam, wypożyczałam, kupowałam i pierwsze co robiłam, kiedy trafiała w moje ręce, to kartkowałam na sam koniec i czytałam ostatnią stronę. Z perspektywy czasu stwierdzam, ze to był okropny nawyk. Trudno mi było się odzwyczaić, ale już tego nie robię. Pomyślcie sobie tylko - kiedy okazuje się, że bohater umiera i opis znajduje się na ostatniej stronie - znika cała przyjemność czytania, bo tracisz niespodziankę, zaskoczenie...
A może ktoś z Was tak robi? Możecie się przyznać. Wiem, że to okropny nawyk, ale zdarza się wśród moli książkowych. Chyba, że byłam odosobnionym przypadkiem :)

A może macie jakieś inne nawyki czytelnicze? Mogą być dziwne :) Napiszcie, bo chętnie poczytam.

13 września 2019

Mroczna odsłona baśni, czyli Świat obok świata

Mroczna odsłona baśni, czyli Świat obok świata
Tytuł: Świat obok świata. Mroczna baśń
Autor: Liz Braswell
Wydawnictwo: Egmont

Jestem pewna, że prawie każdy zna bajkę o Małej Syrence. A zwłaszcza osoby, których dzieciństwo przypadało na wczesne lata tego wieku. To wtedy był disneyowski szał. Z towarzyszącą mi w myślach oryginalną wersją bajki o rudowłosej syrenie Arielce Walta Disneya, sięgnęłam po tę wariację na jej temat.




Pomysł książki oparł się na zrobieniu z historii Ariel mrocznej baśni. Rozumiem, że przez to określenie przemawiają: walka dobra ze złem i zwycięstwo zła, jakaś katastrofa lub tragedia lub nieszczęśliwe zakończenie. Jasne, w oryginale nie było do końca kolorowo - Urszula pokonała syrenę. Jednakże bajka Disneya kipi od radości, kolorów, humoru. Ta książka ma zupełnie inny klimat. Mroczna baśń jest stonowana, dla mnie mało emocjonalna i pozbawiona humoru.
O co chodzi w treści?
Ariel nie odzyskała głosu, lecz rządzi podwodnym światem syren. Jej ojciec Tryton zginął, a starszym siostrom nie w głowie było przejęcie tronu. Ariel musi mierzyć się z codziennymi problemami i obowiązkami królowej. Tęskni za Suchym Światem, a szczególnie za jedną osobą - Erykiem. Król poślubił Vanessę, która rzuciła na niego zły urok. Vanessa i Urszula to jedna osoba. Poddani Tirulii ją uwielbiają i nie zdają sobie sprawy, że pod idealną sylwetką kobiety kryje się potworna cecelia. Okazuje się, że to ona uwięziła Trytona, który jednak nie jest martwy. Tym sposobem ma władzę nad syrenią królową.
Ariel wychodzi na ląd. Dowiaduje się prawdy o ojcu i próbuje znaleźć sposób na jego znalezienie i uwolnienie. Co nie jest takie łatwe, bo Urszula jest niezwykle przebiegła. Tymczasem Eryk wyswobadza się z magicznego uroku i zaczyna krytycznie i podejrzliwie patrzeć na rządy Vanessy - swojej żony.
Zabrakło mi emocji. Miałam wrażenie, że wszyscy bohaterowie są ich pozbawieni. Nawet wtedy, kiedy trzeba było jakoś zareagować na sytuację lub dramatyczne wydarzenie - były one sztuczne i udawane. Bohaterowie nijacy. Miałam wrażenie, że każda postać pozbawiona była autentyczności, wigoru i charakteru. A najbardziej nie podobała mi się kreacja Ariel. Poznałam ją jako uroczą, piękną i emocjonalną syrenę. Tutaj była jakaś taka gburowata, gnuśna, bez życia i emocji. Chyba zadziałał na nią ten mrok mrocznej baśni :D Zdecydowanie wolę oryginalną wersję. I przyłapałam się niejednokrotnie, że porównuję jedno do drugiego.
W tym momencie przychodzi czas na poruszenie kwestii wątku miłosnego, którego nie było. Ariel+Eryk= wielka miłość. Błąd. Ariel bardzo tęskni za swoim ukochanym, kiedy znajduje się w swoim podwodnym królestwie. Dopiero po jakimś czasie decyduje się ponownie zawitać na ląd. Kiedy go widzi, odżywają w niej jakieś tam uczucia, ale są one nikłe. Potem całuje go raz, drugi. To tyle. Która kobieta chciałaby mieszkać z dala od kochanego mężczyzny? Na końcu dochodzi do tego, że Ariel ustala z ojcem, że jeden tydzień w miesiącu będzie spędzać w Suchym Świecie, resztę dni pod wodą... To co to za wielka miłość skoro chcą się widywać przez siedem dni? Nie rozumiem.
Na koniec chciałabym tu poruszyć jeszcze jedną kwestię. A mianowicie to, co znajduje się na okładce książki. Chodzi mi o konkretne zdanie: "A co gdyby to Urszula pokonała Ariel?". Coś Wam tu nie pasuje? Mi bardzo, bo już wiem, jakie było zakończenie powieści. Znakomicie wszyscy wiedzą, że faktycznie Urszula odniosła zwycięstwo nad syreną w oryginalnej wersji bajki. I szanuję to, że bajki Disneya nie zawsze kończyły się szczęśliwie - w końcu dzieci trzeba uczyć, że nie zawsze w życiu wszystko się udaje. Wracając do wersji Braswell SPOILER! - musicie mi uwierzyć na słowo, że nie ma tu kolejnego zwycięstwa Urszuli nad Ariel. Dzieje się wręcz odwrotnie. KONIEC SPOILERA :d Nie mam pojęcia czy to błąd tłumaczenia? A może wzbudzenie zainteresowania w potencjalnym czytelniku? Ale na to pytanie i tak znamy odpowiedź z bajki Disneya.
Podsumowując, jestem niemile zaskoczona, bo do przeczytania tej książki skłoniły mnie pozytywne opinie na jej temat. Chciałam jeszcze przeczytać tę drugą powieść z serii - "Dawno, dawno temu... we śnie" o Śpiącej Królewnie, która nigdy się nie obudziła, ale wyczuwam kolejne rozczarowanie. Wolę mieć w głowie obraz tych prawdziwych, oryginalnych wersji bajek, na których się wychowywałam. Kropka.

OSTRZEŻENIE: Jeśli jesteś fanem bajek Disneya, nie radzę czytać, bo może Ci się nie spodobać.

Lubicie bajki Disneya? Zgadzacie się ze mną, że nigdy nie można z nich wyrosnąć?

10 września 2019

Dlaczego nie chodziłam do biblioteki przez 5 lat?

Dlaczego nie chodziłam do biblioteki przez 5 lat?
Właśnie. Dlaczego?
Pamiętam ten dzień, kiedy tata zabrał mnie i mojego brata do biblioteki, aby wyrobić nam karty. Byłam podekscytowana, bo bardzo lubiłam czytać, a w domu nowe książki powoli się kończyły. Poza tym nie miałam wyrobionego jeszcze gustu czytelniczego jak to bywa u sześciolatka, dlatego i tak rodzice nie wiedzieliby jakie książki mogliby mi kupować. Zatem pojechaliśmy. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie te regały uginające się pod ciężarem książek. Tyle ich tam było, że nie wiedziałam co najpierw wypożyczyć.

Pewnego dnia poszłam zwrócić wypożyczone książki. Ku mojemu zdziwieniu pani powiedziała, że mam jeszcze jedną wypożyczoną książkę i muszę ją zwrócić. Inaczej musiałbym zapłacić za przetrzymanie. Ja już przerażona, byłam jeszcze w podstawówce o ile się nie mylę. Myślę sobie tam, przed biurkiem pani, że oddałam wszystko co miałam, a tego tytułu nigdy wcześniej nie słyszałam. No nic. Pojechałam do domu. Posprawdzałam wszystkie półki, a było ich zdecydowanie mniej niż teraz. Książki nie ma. I pomyślałam sobie wtedy z satysfakcją, że pani się pomyliła. Skoro mówiłam, że jej nie wypożyczałam to tak musi być. Od rozpoczęcia czwartej klasy podstawówki notowałam sobie wszystkie przeczytane tytuły. Zostało mi to do dzisiaj, z tym, że teraz mogę sobie prowadzić taką listę też na lubimyczytać.pl. Książki na mojej liście nie było.



Teraz piszę sobie o tym ot tak, ale jako mały dzieciak naprawdę się przestraszyłam. Byłam tak przestraszona jakby konsekwencje były zdecydowanie większe niż w rzeczywistości. Potem jakoś jeszcze raz dotarła do mnie informacja z ponagleniem zwrotu tej książki. Tym razem poszedł tylko mój tata. Nie wiem do końca, co wtedy powiedział tej pani. Raczej coś w stylu, że nigdy jej nie wypożyczałam. Nie wiem nawet czy zapłacił za nią czy nie. W tym momencie wiedziałam już, że nie pójdę tam nigdy więcej. Bo co będzie jak przy następnej mojej wizycie w bibliotece pani na mnie nawrzeszczy, że ukradłam książkę? Bałam się tego, że zrobiłam coś źle. Rozumiecie? Bałam się konsekwencji czegoś czego nie zrobiłam. Absurd.

Przestałam tam chodzić. Na 5 lat. Przez resztę podstawówki i gimnazjum ani raz nie pojawiłam się w bibliotece. W moim mieście jest tylko jedna, bo i po co więcej. Raz poszła tam moja mama, bo potrzebowałam jakiejś lektury do szkoły, a w szkolnej bibliotece jej zabrakło, ale nawet wtedy wypożyczyła książkę na kartę mojego brata, któremu czytanie z głowy wyparowało tak gdzieś rok po zapisaniu się do biblioteki. Nie przeszło mu aż do dzisiaj...

Z perspektywy czasu żałuję tych pięciu straconych lat. Wtedy zostały powydawane najlepsze i najpopularniejsze serie książek. Nie mogłam przecież kupować wszystkich książek, jakie chciałam przeczytać, dlatego czytałam to, co już miałam na swoich półkach. Tak więc to były lata powtórek i powrotów do ulubionych serii. Niektóre książki czytałam po kilka razy.
Ale ileż można? Znudziło mi się to. Gdzieś z tyłu głowy nadal miałam wydarzenie sprzed lat związane z biblioteką. Postanowiłam pójść do jednej z filii tej biblioteki. Najbliżej mojego domu.
Kiedy pani wzięła moją kartę byłam nieco przestraszona. Bo ile zapłaciłabym za książkę przetrzymaną 5 lat, której nigdy nie wypożyczyłam? Wiecie co się stało? Pani tylko zaktualizowała moje informacje. Wypełniłam sobie jakąś kartkę, żeby móc korzystać z oddziału dla młodzieży i dorosłych. Tylko tyle. Odetchnęłam wtedy z ulgą. Ale nie obyło się bez rozczarowania. Filia była mała, a książek, które mnie interesowały niewiele. Po jakimś czasie zdobyłam się na kolejny krok. Wrócę tam, gdzie kiedyś. Pamiętam, że zabrałam ze sobą mamę. Tak na wszelki wypadek. Bo tu nadal mogli sobie przypomnieć o tej książce. Prawda? Jak tylko tam weszłam (biblioteka przez te lata powiększyła się), przepadłam. Trafiłam do swojego raju. I nadal tam chodzę, gdy tylko jestem w swoim rodzinnym mieście na dłużej. Czyli na przykład przez te wakacje. I śmieję się z siebie, bo na mojej półce czeka stosik 17 książek do przeczytania, a ja nadal chodzę co chwila do biblioteki i wypożyczam kolejne stosy książek. Też tak macie czy tylko ja jestem nienormalna? Wychodzę z założenia, że te książki, które kupiłam i mam na regale zostaną ze mną na zawsze, więc mogę je przeczytać w każdym momencie, a w bibliotece mam okazję być rzadko - tylko jak jestem w rodzinnym domu. A po co kupować skoro mogę wypożyczyć? Oczywiście są takie książki, które koniecznie muszę kupić, ale innych nie muszę i wtedy z pomocą przychodzi mi biblioteka.
A Wy? Lubicie chodzić do biblioteki czy tylko kupujecie książki?

6 września 2019

Zostać Królewskim Obrońcą czyli Szklany tron

Zostać Królewskim Obrońcą czyli Szklany tron
Tytuł: Szklany tron
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros

Moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki okazało się nieporozumieniem, ale dałam jej szansę.
Fantastyką bardziej interesowałam się kilka lat temu. Jednak od czasu do czasu lubię wrócić do tego gatunku i przenieść się do innych magicznych światów. Razem więc przenieśmy się do Adarlanu. I do głównej bohaterki "Szklanego tronu" - Celaeny.



Dziewczyna nosi zaszczytny tytuł Zabójczyni Adarlanu. Co jest istotne to wszyscy znają ją z czynów i przestępstw, których się dopuściła, lecz nikt nie zna jej twarzy. Jej osoba jest owiana legendą. Za swoje występki, które nie były takie drobne, trafiła do kopalni, gdzie była pilnowana na każdym kroku.
Jeden dzień staje się dla Celaeny początkiem niebezpiecznej przygody. Dziewczyna ma wziąć udział w turnieju wyłaniającym Królewskiego Obrońcę. Jej rywalami będą silni mężczyźni, którzy urodzili się z bronią w ręku i są równie niebezpieczni co dziewczyna.
Bohaterka jest pewna siebie, nie boi się rywali, bo kto da radę wygrać jak nie ona? W końcu jest najbardziej znaną i niebezpieczną osobą w Adarlanie. Aby nie zdradzać swojej tożsamości przyjmuje inne imię i nazwisko. Nikt nic nie podejrzewa. Ot książę sprowadził sobie kolejną kochankę do zamku i ją faworyzuje w turnieju na Królewskiego Obrońcę swojego ojca. Dzień jak co dzień.
Rozpoczyna się rozgrywka. Mentorem bohaterki zostaje kapitan Chaol, a sprzymierzeńcami księżniczka Nehemia i wspomniany wyżej następca tronu - Dorian.
Niedługo potem zwykły turniej zmienia się w morderczą grę - co jakiś czas ginie kolejny uczestnik, a morderca kręci się gdzieś w pałacu...
Kocham książki, w których jest obecna rywalizacja, gra o coś i wszystko, co się z tym wiąże. W końcu uwielbiam "Igrzyska śmierci". Ale czy "Szklany tron" może się równać z książką Collins?
Po części tak. Bardzo ciekawy pomysł na historię sprawił, że powieść wciąga. Fantastyczna jest też Celaena, która ma specyficzny humor i charakter. Polubiłam ją za to. Cóż więcej? Raczej nie ma tu głębszej refleksji, bo to fantastyka. Znajdziemy za to szybką akcję i kilka zaskakujących wydarzeń.
Jestem mile zaskoczona książką, zwłaszcza po nieudanej lekturze "Dworu cierni i róż". Na pewno nie skończę na pierwszym tomie.
Tutaj jeszcze taka ciekawostka, bo ja dowiedziałam się dopiero o tym czytając czwarty tom serii - "Szklany tron" to opowieść inspirowana baśnią o Kopciuszku. Ciężko mi teraz podać jakiekolwiek podobieństwa, ale może to tylko bardzo luźne nawiązanie?

Przy okazji chciałam poruszyć pewną kwestię. Chodzi o imiona i nazwiska bohaterów. Jak je czytacie? Faktycznie tak jak powinny brzmieć czy po swojemu? A może całkowicie je upraszczacie? Czy w ogóle zawracacie sobie tym głowę i zwracacie na to uwagę?
Ja mam z tym problem. Zazwyczaj czytam je tak jak się pisze, np. Rachel (nie Rejczel), Jack (nie Dżek). Przy lekturze "Córka króla moczarów" czytałam Helena zamiast Helejna jak to było wskazane w jej treści. Czasami nie wiadomo jak przeczytać czyjeś imię, zwłaszcza jeśli nie jest polskie czy angielskie. Bo z polskimi nazwami to nie ma problemu. Można też całkowicie sobie upraszczać trudne imiona. Korzystacie z tej opcji? Ja czasami tak. Przy "Szklanym tronie" a i owszem. Wg mnie imię Celaena jest dosyć trudne do przeczytania, a szkoda mi tracić czasu na poprawianie go. Dlatego widząc imię głównej bohaterki skracałam je do Cel, ewentualnie Celena. Jestem zdziwiona, że pisarka nie uprościła imienia, bo często się to zdarza.
Podsumowując moje dziwaczne rozkminy, raczej nie ma to wielkiego znaczenia jeśli czytacie sobie książkę, ale jeśli już czytacie komuś, to ma to znaczenie.
Nie wiem czy to, co tu napisałam ma jakikolwiek sens. Po prostu przyszło mi to na myśl jak zobaczyłam imię głównej bohaterki. A wg mnie jest to ciekawa sprawa.
Dajce znać jak Wy radzicie sobie z imionami i nazwiskami postaci ;)

3 września 2019

Czytelnicze podsumowanie sierpnia #3

Czytelnicze podsumowanie sierpnia #3
Sierpień upłynął mi bardzo pracowicie. W każdej wolnej chwili starałam się czytać jak najwięcej. Już nawet straciłam ochotę na oglądanie seriali na Netflixie. Ale i tak pracując na cały etat niemalże 6 dni w tygodniu tydzień w tydzień nie ma się za wiele czasu. A to przekłada się na ilość przeczytanych w tym miesiącu książek. Nie pobiłam rekordu sprzed miesiąca, nawet nie starałam się mu dorównać.



Oto, co przeczytałam w moim ulubionym miesiącu w roku:

1. Noc Kupały - Katarzyna Berenika Miszczuk

Po przeczytaniu pierwszego tomu serii - "Szeptuchy" - postanowiłam sobie, że nie skończę przygody na tej jednej, ale przeczytam cały cykl. Dobrze, że mam bibliotekę pod ręką :)
Książkę przyjemnie się czytało. Bohaterowie skradli moje serce już w pierwszym tomie, a zwłaszcza Gosia. "Szeptucha" trochę mnie rozczarowała, ale tylko trochę. Tutaj niby wszystko jest, wszystko się zgadza, ale jednak zabrakło mi tego czegoś. Nie mam takiego uczucia, że koniecznie muszę przeczytać resztę książek, aby wiedzieć, co będzie dalej. Nie.
Pojawia się wiele elementów, które luźno nawiązują do mitologii słowiańskiej. Trzeba przyznać, że pomysł na historię jest oryginalny.


2. Świat obok świata. Mroczna baśń - Liz Braswell

Jedno wielkie rozczarowanie. Tyle się nasłuchałam i naczytałam pozytywnych komentarzy o tej powieści, ale dla mnie był to totalny niewypał. Męczyłam się przy czytaniu i już miałam gdzieś w połowie skończyć i ją na dobre odłożyć. Odłożyć, odłożyłam, ale wróciłam do niej po jakimś czasie. Nic się nie zmieniło - nadal historia mnie nie porywała. I tak zostało do końca.

https://fikcjawrealu.blogspot.com/2019/09/mroczna-odsona-basni-czyli-swiat-obok.html


3. Okruchy zła - Sandra Brown

Nie miałam jej w planach. W ogóle o niej nie słyszałam. Nie wiedziałam, że istnieje. Przyjaciółka mi ją pożyczyła. I naprawdę mi się podobała. Trochę kryminału, romansu i sensacji w jednym. Coś więcej pojawi się już niebawem. Czekajcie, bo naprawdę warto przeczytać!


4. Korona w mroku - Sarah J. Maas

Po lekturze "Szklanego tronu" przyszedł czas na kolejną część. Tak samo jak w przypadku serii "Kwiat paproci" Miszczuk - nie porwało, nic nie urwało, ale mnie zainteresowała i z chęcią przeczytam kolejne tomy. Minusem na pewno jest dużo nazw własnych, ale czasami je olewałam :D Nie każdy lubi fantastykę, ale ja od czasu do czasu lubię sobie poczytać coś z tego gatunku. Nigdy nie wiem, co mogę napisać o kolejnych częściach cyklu. Po prostu kontynuowane są wątki z pierwszego tomu, więc nie ma sensu ich tu przytaczać, bo jeśli ktoś nie czytał "Szklanego tronu" to na bank nic nie zrozumie.

5. Zakazane życzenie - Jessica Khoury

Powieść, która powstała na kanwie opowieści o lampie Aladyna. Zdecydowanie wolę oryginał. Przytłoczyła mnie ta książka, zapewniła wiele zaskoczeń, ale trochę znudziła. Dla kogoś, kto lubi magiczne, baśniowe opowieści będzie w sam raz.


6. Dziedzictwo ognia - Sarah J. Maas

Celaena szykuje się do wojny z okrutnym królem Adarlanu, któremu służy jako Królewska Obrończyni. Tak naprawdę oszukuje go na każdym kroku. Żeby z nim wygrać musi zdobyć cenne informacje, za które trzeba ponieść koszty. Szkoli się pod czujnym i nieprzychylnym okiem nieśmiertelnego Rowana. Jak się okazuje zaczyna łączyć ich coś więcej niż pochodzenie. Bohaterka sięga do głębi siebie, aby wykorzystać magię, która drzemie w niej niczym śpiący wulkan.
Uwaga! Bohaterka jak dotychczas przedstawiała się czterema (jak nie więcej) imionami. Czasami mija kilka sekund zanim zorientujemy się o kogo chodzi :D
Mogę zdradzić, że zabieram się za kolejną część, chociaż po tym tomie nie jestem pewna czy dokończę serię. Dla mnie najsłabszy z dotychczas przeczytanych.


7. Stara baśń - Józef Ignacy Kraszewski

Historia, która sięga IX wieku i pierwszych wieków istnienia plemion słowiańskich. Na ziemi Polan toczy się walka o wpływy między Popielem a kmieciami, na czele których staje Piast. Pojawiają się wątki: polityczny, miłosny i obyczajowy, bo poznajemy wiele tradycyjnych obrzędów naszych przodków.

W tym miesiącu królowała u mnie wersja papierowa książek. Nie przeczytałam żadnego e-booka.
Mam nadzieję, że we wrześniu uda mi się jeszcze trochę poczytać zanim wrócę na studia. A podejrzewam, że wtedy tego czasu na czytanie będzie jak na lekarstwo. Pocieszam się tym, że zawsze umiem znaleźć na to czas :) Na przykład zamiast uczyć się do matury czytałam Sparksa... Da się? Da :)
Jaki był Wasz sierpień?

1 września 2019

Nudy na pudy, czyli Dwór cierni i róż

Nudy na pudy, czyli Dwór cierni i róż
Tytuł: Dwór cierni i róż
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros

Zacznę inaczej niż zazwyczaj. Nie będzie żadnego wstępu ani wprowadzenia. Od razu przejdę do mojej opinii. Słyszałam i czytałam wiele recenzji. Większość zachwalała całą serię "Dworu cierni i róż". Pomyślałam, że świetnych książek nigdy za wiele, więc w końcu wyczaiłam pierwszy tom na półce w bibliotece i niewiele myśląc zabrałam go do domu.



Najpierw trochę o fabule. Feyra ma 19 lat i jest łowczynią. Utrzymuje całą rodzinę. Kiedyś byli bardzo bogaci, ale stracili majątek. Tylko Feyra przejmuje się losem ojca. Siostry nie są tym zainteresowane, a bardziej pieniędzmi, które Feyra przynosi, a one chętnie wydają.
Pewnego dnia podczas polowania bohaterka zabija ogromnego wilka, który jest fae - magiczną istotą, która jest nieśmiertelna i zamieszkuje po drugiej stronie muru.
Skoro jest nieśmiertelna, dlaczego można ją zabić jesionowymi strzałami?
Za morderstwo musi jednak zapłacić. W drzwiach jej domu pojawia się Tamlin - fae z wysokiego rodu. Karą dziewczyny jest spędzenie reszty życia na dworze Tamlina. Życie za życie. Dziewczyna nie potrafi przestać myśleć o ucieczce i losie swojej rodziny. Martwi się, że umrą z głodu, bo jej siostry nie są tak rozgarnięte jak ona. A ojciec sam sobie nie poradzi, mając problemy zdrowotne.
Z czasem coraz więcej czasu poświęca poznaniu magicznej krainy, w której czyhają różne niebezpieczeństwa na zwykłego śmiertelnego człowieczka.
Tak naprawdę książka była o wszystkim i o niczym. Wątku miłosnego jak na lekarstwo, a podobno to romans! Stop! Tego nie mogę jasno stwierdzić, bo nie doczytałam książki do końca. Może końcówka była niezwykle porywająca i pasjonująca, obfitująca w zwroty akcji i miłosne uniesienia. Tego nigdy się nie dowiem, bo już nigdy nie zamierzam mieć jej w swoich rękach. Automatycznie rezygnuję z zapoznania się z pozostałymi tomami. Nie zamierzam tracić czasu skoro mogę go wykorzystać w ciekawszy, efektywniejszy i pożyteczniejszy sposób.
Pierwszy raz wylałam na jakąś książkę tyle pomyj, ale każdy ma inny gust, a akurat ta nie trafiła w moje gusta czytelnicze. Napiszę jeszcze, że to druga książka w moim życiu (!), której nie dokończyłam. Mam żelazną zasadę - każdą książkę czytam do końca, nawet wtedy, kiedy ciężko mi przebrnąć przez kolejne strony. Choćbym zasypiała, męczyła się trzy tygodnie albo czytała równocześnie jeszcze dwie inne - zawsze, powtarzam, zawsze kończę każdą rozpoczętą historię. Nie lubię tego uczucia urwanej opowieści. I zawsze mam takie myśli, że może później wydarzy się coś interesującego, coś, co zmieni opinię o całej książce. Ale tym razem zostałam pokonana. Leżę na czytelniczym placu boju.

Trzeba przyznać, że autorka nieźle się rozpisała, ale co to za przyjemność czytać taką pisaninę (moja subiektywna opinia!). Widać jak na dłoni, że nie ma tu żadnego pomysłu. Po prostu to, co przyszło jej do głowy, o tym napisała. Akcja nie toczy się szybko i jakby usunąć zapchajdziury o wszystkim i o niczym, byłoby lepiej. Nudziłam się przy czytaniu. Być może wylewam wiadro pomyj na tę książkę, bo jestem "za stara" na takie młodzieżówki.
Jeszcze raz podkreślam, że to tylko MOJA SUBIEKTYWNA OPINIA, która nie ma zamiaru nikogo obrazić. Piszę, co czuję po jej przeczytaniu. Zdaję sobie sprawę, że cały cykl zyskuje coraz szersze grono fanów. Tym razem jestem po ciemnej stronie mocy. Zdecydowanie mówię nie!
I to w ogóle nie jest atak na autorkę, bo tak się składa, że podczas tej samej wizyty w bibliotece wypożyczyłam także "Szklany tron". Już teraz mogę zdradzić, że już go przeczytałam i bardzo mi się podobał ;) Nie mam pojęcia, dlaczego "Dwór cierni i róż" okazał się taką klapą.

Jetem ciekawa Waszych opinii.
Czy tylko ja jestem takim krytykiem?

28 sierpnia 2019

Córka Króla Moczarów

Córka Króla Moczarów
Tytuł: Córka Króla Moczarów
Autor: Karen Dionne
Wydawnictwo: Media Rodzina

Co sprawia, że człowiek staje się zły? Czy można w ogóle stwierdzić, że człowiek rodzi się dobry lub zły? To zapewne doświadczenia i przeżycia kształtują osobowość. Ale czy można być aż tak okrutnym, aby uczyć okrucieństwa swoje dziecko?



Półwysep Północny.
Pewien mężczyzna prosi dwie bawiące się w opuszczonym domu nastolatki o pomoc w odnalezieniu psa. Pies się nie odnajduje, jedna z dziewczyn również. Znika jak kamień rzucony do wody. Poszukiwania nie przynoszą efektów.
Tymczasem prowizoryczna chata gdzieś na rozległych moczarach staje się więzieniem. Na świat przychodzi Helena - córka króla moczarów. Nie zna innego życia od tego, które wiedzie jej rodzina. Ojciec jest brutalny i okrutny wobec matki - porwanej niegdyś dziewczyny, której nieudane próby odnalezienia nadal są na ustach wszystkich. Szkoli córkę na wierną kopię siebie, a ta jest weń zapatrzona jak w bóstwo. Matka nie ma prawa głosu. Jest zdana na łaskę swojego męża, który jest nieobliczalny.
Helena dorasta w świecie bez elektryczności, książek, zabawek. W pobliżu nie ma żadnych innych mieszkańców oprócz dzikich zwierząt. Jej wyobrażenie o życiu i świecie jest kształtowane przez ojca skrupulatnie wybierającego informacje, które może jej przekazać. Drugiem źródłem wiedzy dziewczynki są czasopisma z przeszło trzydziestu lat.
Helena całe dnie spędza na wędrówkach po moczarach, tropieniu zwierząt, zakładaniu wnyków i zabijaniu. Już jako kilkuletnie dziecko potrafi posługiwać się bronią palną, zarżnąć żywe zwierzę i łowić ryby w zamarzniętym jeziorze. No które dziecko tak spędza dzieciństwo?
Tego wszystkiego uczy ją oczywiście ojciec. Jego najważniejszą zasadą jest: Mokradła to nie miejsce na popełnianie błędów. Za nie trzeba słono zapłacić.
A więc karą za nieudane polowanie jest trzydniowy pobyt w studni bez jedzenia i picia. Który ojciec uderza młotkiem w palec dziecka i to w ten sam, w który samo się uderzyło podczas prostowania gwoździ? Toż to chore. W taki sposób Helena uczona jest okrucieństwa i bezwzględności. A matka? Porwana kilkanaście lat temu musiała szybko dorosnąć. Jako szesnastolatka stała się matką, która patrzy jak jej dziecko staje się potworem, klonem swojego ojca przestępcy i mordercy. Widząc jak ojciec obchodzi się z matką - bije i kopie do nieprzytomności, głodzi, nie pozwala nigdzie wychodzić z domu czy czytać gazet - sama traktuje ją podobnie. Jeśli matce nie uda się posiłek, córka jest przekonana, że należy jej się kara. Bez skrupułów mierzy do niej z broni, biorąc przykład z ojca.
Żywiołem Heleny są moczary, które kocha najbardziej na świecie. Tak jak swojego ojca. Jest dla niej wzorem, kimś, kogo chce naśladować, bo nikt nie powiedział jej o innych wzorcach i wartościach. Nie wie, że król moczarów jest złym człowiekiem.
Nie wiem czy udało mi się przekazać to okrucieństwo i zło, które pojawiają się w powieści. Jak można uczyć dziecko mordowania i zabijania?
Pewnego dnia w progu domu króla moczarów pojawia się zbłąkany wędrowiec. Człowiek nieświadomy tego, co go spotka...
Król moczarów trafia za kratki.
Kilkanaście lat później Helena prowadzi szczęśliwe życie. Ma męża i dwie córki, które kocha ponad wszystko i chce, aby miały takie dzieciństwo, jakiego ona nie miała. Porządek zaburza mrożąca krew w żyłach wiadomość - król moczarów uciekł. Jest na wolności. Helena wie, kto jest jego celem. Zaczyna walkę o życie swoje i swojej rodziny.
Narratorem jest tytułowa bohaterka - Helena, która opowiada o tym, co jest teraz - ucieczka ojca, poszukiwania i walka z czasem, a jednocześnie przytacza historie ze swojego dzieciństwa spędzonego na moczarach. Co ciekawe, po zachowaniu i myślach bohaterki można stwierdzić, że życie u boku ojca nie wywarło żadnych skutków na jej dorosłe życie. Nie ma żadnych morderczych skłonności, nie jest złą matką ani żoną. Tutaj nie sprawdza się przysłowie: Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Jestem zdziwiona tym, że o matce Heleny jest tak niewiele. Była tłem, nikim ważnym, chociaż dziewczynka na swój sposób ją kochała. Nie zostawiła ją na pastwę losu ojca. Szkoda mi było tej kobiety - zastraszanej i szczutej jak zwierzę.
Zawsze mnie zastanawia, co czuje porwany. Tutaj matka Heleny mogła uciec w dowolnym momencie, bo król moczarów przebywał całymi dniami na moczarach. Nie skorzystała z okazji. Być może człowiek w takiej sytuacji bardziej myśli o tym, że jeśli zostanie, dostanie nagrodę za to, że to zrobił i spełnił oczekiwania porywacza. Pewnie powstrzymywała ją też myśl o ucieczce bez córki, którą mimo wszystko kochała. Ale to są już czysto teoretyczne rozmyślania...
Może nie jest to wybitny thriller psychologiczny, ale na pewno książka, która zgłębia istotę okrucieństwa i zła człowieka. Bardzo trudny temat, zwłaszcza kiedy czyta się o dziecku, które nie wie czym jest zło, bo jego wartości są przejmowane od rodzica, który uczy je okrucieństwa.
Przeczytacie? Czytaliście?

25 sierpnia 2019

Ziółka, bogowie i Piastowie

Ziółka, bogowie i Piastowie
Tytuł: Szeptucha
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo: WAB

Po "Żniwiarzu" Pauliny Hendel bardziej zainteresowała mnie mitologia słowiańska. Aż wstyd się przyznać, lecz prawie w ogóle jej nie znam. Jak chyba każdy lepiej orientuję się w mitologii greckiej czy nawet rzymskiej. Bardzo fajnie, że coraz więcej autorów przemyca nasze rodzime wierzenia z dziada pradziada w swoich opowieściach.



Gosława kończy studia medyczne. Przed nią tylko roczna praktyka, aby móc wykonywać zawód. Ma dwie opcje - iść do lekarza lub szeptuchy, która jest odpowiednikiem "czarownicy". Nie do końca, ale podobna. Leczy naturalnymi metodami, czasami używając magii. Wierzy w bogów, którzy nadal ingerują w życie ludzi. Bo musicie wiedzieć, że współczesna Polska nadal jest państwem rządzonym przez Piastów, a Mieszko I jednak nie przyjął chrztu. Dlatego ludzie wierzą w wielu bogów, którzy mają im przynosić szczęście w życiu. Gosia ma spędzić rok w Bielinach u Szeptuchy, którą wszyscy tam nazywają Jagą. Ale kobieta nie jest zwykłą szeptuchą...
Gosia zaczyna przygodę, która wcale jej się nie podoba. Dziewczyna nie wierzy w żadnych bogów. Gosia boi się kleszczy i komarów. Nie wierzy w naturalne metody lecznicze - najchętniej każdemu przepisywałaby antybiotyki. Jednak musi zmienić swoje myślenie. Ziółka, zbieranie kiełków iglaków i odkopywanie kamieni. To ją czeka przez najbliższe miesiące.
Gosia powoli przywyka do życia, jakie prowadzi Baba Jaga.  Nie przychodzi jej to łatwo. A już zupełnie czuje się zagubiona, kiedy okazuje się, że ten świat, w jaki wierzyła, okazuje się inny. Odkrywa świat bogów, słowiańskich wierzeń i tradycji. W międzyczasie poznaje przystojnego Mieszka, który staje się jej kompanem i obrońcą. Gosia okazuje się widzącą. Do czego doprowadzi ją ta wyjątkowa cecha?
Nie sposób opisać wszystkiego, co działo się w książce. A działo się wiele, więc nie musicie się martwić, że będziecie się nudzić. Nic z tego. Tam cały czas się coś dzieje. Kolejne wydarzenia pojawiają się jak obrazki w telewizji.
To, co muszę podkreślić to charakter i poczucie humoru głównej bohaterki. Jest niesamowicie sceptyczna i nieufnie nastawiona do wszystkiego. Bardzo mi się podoba ta postać i wiele razy się uśmiechałam, czytając o jej perypetiach w Bielinach. Polubiłam też to, że Gosia nie jest idealna. Nie jest nieustraszona, ma swoje fanaberie i lęki - jedne śmieszne, inne bardziej usprawiedliwione. Oj, zabawnych sytuacji znajdziecie tu dużo!
Jeśli jesteście ciekawi jak mogłyby wyglądać obchody uroczystości w dawnych staropolskich czasach, autorka trochę przybliża nam te tradycje i obyczaje. I tak obchodzono Jare Święto, Tydzień Rusałczy, topienie Marzanny. Wszystkie suto zakrapiane miodem i innymi trunkami. A do tego trochę halucynogennych ziółek i zabawa jak ta lala! Ciekawe czy współcześnie również obchodzilibyśmy takie święta gdyby nasz kraj nie był krajem katolickim?
Rozczarowałam się tym, że nie było słowa wyjaśnienia, dlaczego losy Polski potoczyły się tak a nie inaczej. Dlaczego Mieszko I nie przyjął chrztu? Jak do tego doszło? Zabrakło mi kilku historycznych faktów, ale to dopiero pierwszy tom serii. Może później moja ciekawość zostanie zaspokojona.
Najlepszy jest wiejski klimacik. Nadał on opowieści zarówno tajemniczości, jak i swojskości, sielskości oraz ciepła.
Fantastycznie, że autorka przybliżyła zawody, które obecnie nie istnieją, a dawno temu były istotne dla naszych przodków. W ten sposób możemy liznąć odrobinę historii.
Czytaliście?
O tej serii było kiedyś głośno, niedawno pojawił się kolejny tom, więc szum przybrał na sile :)

20 sierpnia 2019

Kontrakt ze Śmiercią

Kontrakt ze Śmiercią
Tytuł: W 27 dni
Autor: Alison Gervais
Wydawnictwo: Młody Book

Spokojne życie Hadley zmienia się pod wpływem jednego wydarzenia. Wydarzenia, które całkowicie nie wiąże się z jej życiem, ale wkrótce stanie się punktem zwrotnym. Czy zachowanie obcej osoby może wywrócić życie do góry nogami?



Lekcja w szkole. Nauczyciel ze smutną miną przekazuje tragiczną wiadomość - jeden z uczniów popełnił samobójstwo. Hadley próbuje przypomnieć sobie Archera Moralesa. Miała z nim zajęcia w pierwszej klasie, nie rozmawiali, nie przyjaźnili się. Dlaczego jego śmierć wywołuje w bohaterce tak ogromne emocje? Dziewczyna nie potrafi zapomnieć o tym, co się stało. Idzie na pogrzeb, twierdząc, że to idealny moment, aby zakończyć rozmyślania o chłopaku i wrócić do codziennej rutyny. Tam dzieje się coś dziwnego. Do Hadley podchodzi mężczyzna, który twierdzi, że jest Śmiercią. Proponuje układ, a dziewczyna, nie namyślając się długo, podejmuje wyzwanie: cofnie się w czasie i w ciągu 27 dni musi przekonać Archera, aby nie popełniał samobójstwa. Dopiero później Hadley rozumie, w co się wpakowała. On jest gburowaty, nie lubi towarzystwa innych, jest podejrzliwy i nieuprzejmy.
Hadley to dziewczyna z bogatego domu - ma wszystko, czego potrzebuje, a pieniądze nie są żadnym problemem. Z tego powodu chłopak jej nie ufa. Myśli, że to jakiś zakład bogatych dzieciaków i Hadley coraz bardziej działa mu na nerwy, nachodząc każdego dnia. Przyczepiła się do Archera jak rzep do psiego ogona. Jedyną rzeczą, której nie ma Hadley to bliskość rodziców. Prawnik i dyrektorka finansowa rzadko bywają w domu, a dziewczyna nie chce siedzieć sama w pustym mieszkaniu. Rodzina Archera jest opiekuńcza, kochająca i serdeczna - Archer ma to, o czym dziewczyna może tylko pomarzyć. Oboje kroczą wyboistą drogą, ale Hadley nie zamierza się poddać. Zwłaszcza kiedy poznaje mroczne fakty z przeszłości Moralesów. Nie powstrzymuje jej nawet przerażający Zamęt, który nie lubi kiedy ktoś próbuje zmieniać bieg wydarzeń...
Uważam, że to jest naprawdę świetny pomysł na powieść. Zabrakło mi tylko logicznego wyjaśnienia, dlaczego dziewczyna postanawia ratować niemalże obcego chłopaka. Rozumiem jakby łączyły ich jakieś przyjacielskie stosunki, może nawet coś więcej, ale oni byli tylko znajomymi. A i to za dużo powiedziane. Czyha jeszcze nad nią śmiertelne niebezpieczeństwo i sama może zginąć. Raczej nikt nie zdecydowałby się na taki krok. Ludzie rzadko troszczą się o obce osoby.
Pokochałam Archera, który nie był takim idealnym chłopakiem jak to zazwyczaj w książkach bywa. Jego uszczypliwość, nieuprzejme odzywki i zdania-monosylaby sprawiły, że stał się autentyczny. Spodobał mi się jego charakter.
To, co jest ogromnym plusem - nic na skróty. Nie było czegoś takiego, że bohaterowie spotykają się pierwszy raz i od razu pojawia się między nimi wielka przyjaźń albo miłość. Relacja Archer-Hadley rozwijała się stopniowo. Czasami szło to jak po grudzie, bo chłopak starał się ukrywać uczucia, ale, koniec końców, kilka wydarzeń zmieniło go i otworzyło na Hadley. Ona też zyskała na przyjaźni z chłopakiem. Jego rodzina przyjęła ją z otwartymi ramionami jak członka familii. Spędzała więcej czasu w rodzinnej kawiarni Moralesów niż we własnym domu. Zaczęła nawet tam pracować, chociaż nie brakowało jej pieniędzy. Robiła to z innych powodów - bała się samotności i pustki mieszkania. Archer i jego rodzina dali jej ciepło, towarzystwo i miłość, których tak jej brakowało i za czym bardzo tęskniła. Oboje zyskali coś cennego. Czasami zabawne było śledzenie starań Hadley, aby zbliżyć się i zaprzyjaźnić z Archerem.
Czy Hadley udało się wygrać z przeznaczeniem?
"W 27 dni" naprawdę było dobre. Porusza wiele istotnych kwestii, wywołuje przeróżne emocje i trzyma w napięciu. I chociaż teraz, w momencie pisania o książce, jestem w melancholijnym nastroju, cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać i Wam również polecam.


16 sierpnia 2019

Uwaga na sąsiadów!

Uwaga na sąsiadów!
Tytuł: Zabójca z sąsiedztwa
Autor: Alex Marwood
Wydawnictwo: Albatros

Wokół nas mieszkają inni ludzie. Znacie wszystkich swoich sąsiadów? Jakie tajemnice ukrywają przed ciekawskimi oczami i uszami innych?


Collette jest chodzącą tajemnicą. Jej jedynym dobytkiem jest  duża torba, której strzeże jak oka w głowie. Chce zniknąć i nie rzucać się w oczy, dlatego wynajmuje pokój w szemranej okolicy. Nikt nie pyta kim jest, nikt nie zadaje niewygodnych pytań. Staje się jedną z lokatorek kamienicy. Jest anonimowa. Jej nowy pokój pozostawia wiele do życzenia, zresztą jak cała kamienica. Wszędzie syf, brud i nieprzyjemny zapach, którego inni zdają się nie zauważać. W dodatku Collette "dziedziczy" lokum po jakiejś Nikki, która przepadła jak kamień w wodę. Była dziewczyna, nie ma dziewczyny. Collette nie zamierza zawierać znajomości ani przyjaźni. Ma tylko jedno zadanie do wypełnienia - zniknąć z oczu pewnym ludziom, którzy chcą ją odnaleźć.
Chcąc nie chcąc poznaje Cher - piętnastolatkę zachowującą się jak co najmniej dwudziestoparolatka. Nastolatka szybko przywiązuje się do Collette. Ale skąd 15-latka ma pieniądze na czynsz?
Stałą lokatorką kamienicy jest Vesta - ponad siedemdziesięcioletnia kobieta będąca zmorą właściciela.
A sam właściciel ma wiele za uszami. Jest skąpym, obleśnym i bezdusznym grubasem, który ledwo się rusza. Ale zawsze wie, co dzieje się w kamienicy...
Thomas nigdy nie zaprasza do siebie sąsiadów, a na suficie kolekcjonuje odświeżacze powietrza, aby ukryć tajemniczy smród.
Collette poznaje też Hosseina, emigranta, który staje się na tyle bliski, że dziewczyna dzieli się z nim swoją mroczną przeszłością.
Jedno wydarzenie sprawia, że losy wszystkich zostają ze sobą połączone, a jeden niewłaściwy ruch sprowadzi na nich niebezpieczeństwo.
Tutaj przychodzi mi na myśl kwestia tajemnic sąsiedzkich. Każdy ma jakichś sąsiadów - bliższych czy dalszych. Czasami wydaje nam się, że bardzo dobrze znamy te osoby, ale jeden ich błędny ruch potrafi zmienić całe wyobrażenie o nich. Nawet nie podejrzewamy, co mogą skrywać. Bohaterowie Marwood nie są takimi zwykłymi lokatorami zrujnowanej kamienicy. Z jakiegoś powodu wprowadzili się do szemranej okolicy. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie zrobił. Chyba, że coś ukrywa i nie chce, aby dowiedzieli się o tym pozostali. Tutaj każda jedna postać ma swoje sekreciki. I nikt ze współlokatorów o tym nie wie. Dramat pojawia się wtedy, kiedy wychodzą one na jaw.
Pochwała i uznanie należą się Marwood za kreację postaci, bo każda z nich ma jedyne, niepowtarzalne cechy, które ją odróżniają na tle reszty. Większość wymienionych przeze mnie wyżej bohaterów jest narratorami, więc poznajemy życie, zachowanie i brudne sekrety każdego z nich.
Tak naprawdę nie ma głównego wątku. Przynajmniej ja tak to odebrałam. Jest kilka wątków, które przewijają się przez całą powieść. Niektóre z nich nie są doprowadzone nawet do końca, więc klapa. I przez całą powieść poznajemy każdego z bohaterów i to wokół nich toczy się cała akcja. Nawet tytuł thrillera - "Zabójca z sąsiedztwa" - wydaje mi się trochę nietrafiony. No cóż...

Książka nie była majstersztykiem, nie była też totalnym dnem, uplasowała się tak bliżej środka. Już wspominałam o tym przy innych książkach autorki - wulgarny język i dosadne słownictwo bardzo mi przeszkadzało.
Momentami naprawdę obleśna, szokująca i nieprawdopodobna. Jest dużo makabrycznych scen, których czytanie bynajmniej nie sprawiało mi przyjemności. Może tyle ich było, bo autorka postawiła na autentyczność? Udało się, chociaż nie wszystkim może się to spodobać.
Czytaliście thrillery A. Marwood? A może polecicie mi jakiś dobry thriller, który ostatnio czytaliście?

12 sierpnia 2019

Brokat, blask i słodycz - mieszanka idealna?

Brokat, blask i słodycz - mieszanka idealna?
Tytuł:
1.Odrobina brokatu
2.Odrobina blasku
3.Odrobina słodyczy
Autor: Shari L. Tapscott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece




Tom 1 - Odrobina brokatu

Odrobina brokatu wystarczyła, żeby książka stała się typowo dziewczyńska, urocza i przesłodzona. Brakowało mi tu tylko jednorożców i tęczy.
Pierwszy tom trylogii "Glitter i Sparkle" opowiada o Lauren i jej życiu. Dziewczyna jest w ostatniej klasie szkoły średniej. Jej pasją jest tworzenie filmików na bloga o tematyce DIY. Jest w tym naprawdę dobra, nic więc dziwnego, że jej videoblog jest popularny.
W jej życiu pojawia się pewien zwrot akcji, kiedy do domku gościnnego wprowadza się najlepszy przyjaciel starszego brata - Harrison. Monotonne życie Lauren nagle przewraca się do góry nogami. W bohaterce budzą się dawne uczucia oraz niezbyt przyjemne wspomnienia dokuczliwego zachowania Harrisona. Ale jak to mówią kto się czubi, ten się lubi. Niestety jest jeden szkopuł - Lauren nie sądzi, aby dwa lata starszy od niej chłopak zainteresował się licealistką. A chłopak skończył studia i zaczął poważną pracę. I nadal traktuje Lauren jak młodszą siostrzyczkę swojego najlepszego kumpla. Idąc takim tokiem myślenia i zachęcana przez swoją przyjaciółkę Riley, nastolatka zaczyna umawiać się z chłopakiem ze szkoły, który darzy ją uczuciem. Co na to Harrison?
Kilka wydarzeń, sytuacji i miesięcy później życie Lauren totalnie się zmienia.
Ot, lekka młodzieżówka. Wydawałoby się, że okładka jest typowo wakacyjna, lecz nic bardziej mylnego. Akcja obejmuje prawie cały rok.
Nie znajdziecie tu też poważnych tematów, ani refleksyjnej tematyki. Raczej jest to odmóżdżacz - coś, co można przeczytać, aby dać sobie chwilę wytchnienia i zrelaksować się. Powiedziałabym, że lekko przesłodzona i oczywiście kończąca się happy endem. A że jestem dziewczyną i nic co dziewczyńskie nie jest mi obce, lubię czasami przeczytać taką uroczą i słodką historię miłosną.




Tom 2 - Odrobina blasku

Książka nie zaskoczyła mnie niczym nowym. Tym razem poznajemy miłosne przygody Riley - przyjaciółki Lauren. Dziewczyna wyjeżdża na całe lato do swojej ciotki. Na jarmarku zauważa niezwykle przystojnego chłopaka. Zeke jest malarzem, prawdziwym artystą, co pociąga Riley. W tym samym dniu i tym samym miejscu poznaje Linusa. Chłopaka z sąsiedztwa, przeciętnego, ale tajemniczego. Riley robi wszystko, aby Zeke ją dostrzegł. Dochodzi do tego, że zaczyna wyrabiać mydło, aby mu zaimponować. Prosi o pomoc przyjaciółkę, bo Lauren uwielbia robić takie rzeczy, jej to nie interesuje. Jest zmotywowana, dlatego ciągnie to niewinne kłamstwo.
Każdego dnia towarzyszy jej Linus, którego próbuje rozgryźć. Stają się dobrymi przyjaciółmi, a Riley przeżywa swoje miłosne zawirowania. Którego chłopaka wybrać? Co się stanie, kiedy lato się skończy, a oni rozjadą się na studia?
Łatwo przewidzieć, że powieść czytało się bardzo miło i szybko. Lekka, z wątkiem miłosnym w roli głównej, typowo wakacyjna i króciutka. Idealna dla dziewczyn, które lubią historie z happy endem. Przyznam, że niejednokrotnie uśmiechałam się pod nosem, czytając o Riley, Linusie i reszcie. Nie jest tak bardzo przesłodzona jak pierwsza część, ale co tu ukrywać - takie historie muszą kończyć się szczęśliwie i idealnie pasuje tu sformułowanie: I żyli długo i szczęśliwie. Zbyt idealna, by była prawdziwa, ale w książkach jak wiemy nie ma żadnych ograniczeń.
To jedna z tych książek, które nie pozwalają odłożyć się na później. Można to w sumie napisać o każdej z tych trzech powieści. Po prostu będziecie chcieli stale przebywać w tym przyjemnym świecie, bez większych problemów, gdzie wszystko dobrze się kończy.


Tom 3 - Odrobina słodyczy

Lubię czasami poczytać o miłosnych perypetiach bohaterów, ale to już była lekka przesada. To była bardzo wyidealizowana opowieść, bo przecież takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu. A zaraz zobaczycie dlaczego.
Harper jest starszą siostrą Riley, która swoje 5 minut miała w "Odrobinie blasku". Brandon to starszy brat Lauren ("Odrobina brokatu"). O nich było co nieco w poprzednich częściach, ale ten wątek został rozwinięty dopiero teraz.
Harper nie wie, co chce robić w życiu. Wie jedno - jej pasją jest pieczenie słodkości. Jednak wiązanie z tym swojej przyszłości może nie spotkać się z akceptacją rodziców. Postanowiła wrócić zatem w rodzinne strony i studiować dalej to, co ją nie interesuje. A wszystko po to, aby być bliżej Brandona. Wiadomo już z poprzednich tomów, że ta dwójka ma się ku sobie, ale nigdy nie było im po drodze być parą i powiedzieć o swoich uczuciach.
Kiedy Brandon przyjeżdża do domu na święta z Sadie, Harper musi przełknąć gorycz porażki. Za namową siostry postanawia wziąć udział w bożonarodzeniowym konkursie pieczenia. A jej partnerką zostaje Sadie... Jednym z powodów wystąpienia w programie jest Mason - znany piosenkarz, w którym Riley kochała się jako nastolatka. Oczywiście dziewczyny pomyślnie przechodzą castingi. Pfff, co to za sztuka rywalizować z kilkudziesięcioma parami i dostać się dalej. Pestka.
Mason i Harper poznają się na planie i od razu zaczyna między nimi iskrzyć. Mason jest piosenkarzem, który jest u szczytu kariery. Ma fanki na całym świecie, a jego dziewczyną mogłaby być każda gwiazda lub inna celebrytka. Czy rozpoczęcie solowej kariery, trasa koncertowa i rzesze groupies przekonają Harper w podjęciu ważnej decyzji? A co z Brandonem, którego kocha od przedszkola?
Tak jak wcześniej pisałam ta historia jest wyidealizowana. Nie mogę tu spoilerować, ale musicie mi uwierzyć. Takie rzeczy nie zdarzają się w życiu.
Ten tom również wpisuje się w kanon lekkich młodzieżówek, które kończą się happy endem.

Po lekturze całej serii mam wrażenie, że autorka postawiła na jeden schemat i trzymała się go do końca. Przez to te książki były trochę przewidywalne, nie działo się nic zaskakującego, ani spektakularnego. Każda z nich przedstawiała, jak na mój gust, zbyt idealną historię, aby mogła być prawdziwa. Może to ja jestem zbyt sceptyczna. Ale czasami można poczytać o tym, jakie wszystko jest cudowne, piękne i pachnące, aby na moment zapomnieć o codzienności.

Lubicie taką lekką tematykę?
*zdjęcia: źródło: lubimyczytać.pl


Copyright © 2016 Fikcjawrealu , Blogger